Dziadek przyniosl mi taka piekna wielka DORE i mama musiala z nia tanczyc makarene zeby mnie troszke rozweselic.
Kiedy trafilam do szpitala mialam saturacje 87 gdzie normalnie powinna byc 99-100. Dlatego tez podlaczyli mi tlen bo za dlugie bycie ze zbyt mala iloscia tlenu prowadzi do uszkodzenia organow i/lub mozgu. Ze mna nie jest jeszcze tak zle ale w domu nie mozna mi zmierzyc sturacji i zobaczyc ile jest tlenu w organizmie. Dlatego musze zostac jeszcze w szpitalu i nie bedzie to jedna noc jak mowili lekarze zeby zobaczyc jak oddycham tylko bedzie to tyle nocy dopoki lekarze zobacza ze ja sama dorbze oddycham bez tlenu. Kiedy ilosc tlenu spada poniej 91 aparat zaczyna glosno wydawac dzwieki (pip, pip, pip...). Ciagle mi tez przychodza plukac noc bo to jedyne co mozna zrobic aby rozrzadzic sluz w plucach abym mogla go wykaszlac. Nie cierpie plukania nosa, placze i krzycze w nieboglosy. Jak mama i tata mi to robia to jest duzo lepiej.
W poniedzialek zrobili mi inhalacje na rozszerzenie kanalikow plucnych zeby mi sie lepiej oddychalo ale malo mi to pomoglo. Mama mnie wykapala w wanience, ale najgorsze jest to ze musze zostac w swoim malym pokoiku i nie moge chodzic po korytarzach. Nie zebym miala az tyle sily ale w koncu mnie wsyztsko ciekawi i nie moge siedziec cale dnie w lozeczku. Jestem na zakaznym i wszyscy lekarze jak do mnie wchodza maja maski i rekawiczki, a to przez to ze inne chore dzieci ktore lerza na innych salach maja slabsza odpornosc i nie moga sie zarazic tym wirusem co ja mam. Nie jest to w koncu RS wirus tylko jakis inny ktory czesto sie pojawia u malych dzieci w okresie zimowym. Kable mnie bardzo wkurzaja, ciagne je caly czasi i bardzo sie denerwuje. Ja tu nie chce byc!!
Strasnie zle by mi bylo gdyby mama i tata nie puszczali mi moich ulubionych piosenek na youtube. To narazie caly moj swiat...czego mama i tata beda mnie jeszcze w nastepnych tygodniach odzwyczajac...oni tego jeszcze nie wiedza...
We wtorek mama plakala bo mama we mnie wierzy i ze ja juz sama moge oddychac...bez tlenu, ale lekarze chca byc 100% pewni i nie bardzo chca mnie odlaczyc od tlenu. A ja juz jestem mocno zdenerwowana i nawet muzyka mnie juz nie bardzo interesuje. Jakies panie przynosza mi rozne kolorowe i grajace zabawki, ale ja najbardziej chcialabym isc juz do swojego domku. Wiec mama prosi o szanse dla mnie i zebym juz trzecia noc w szpitalu moglabym sprobowac bez tlenu. W kloncu lekarze mi odlaczaja tlenw ciagu dnia i idzie swietnie, mam tak okolo 95% tlenu wiec jestem na dobrej drodze. Narazie zostawili mi kabelki bo nigdy nie wiadomo i moze znowu trzeba bedzie wlaczyc tlen a sciagnie i zakladanie kabelkow nie jest mile. Wlozyli mi kabelki w spodnie i juz moge sobie chodzic troche po pokoju, na przyklad szurac krzesla...to moje nowe hobby!

Dziadek jeszcze nie pojechal do domu, mowi ze pojedzie dopoki jego Vivienka nie wyjdzie ze szpitala do domu.

Noc z wtorku na srode byla ciezka. Kiedy zaczelam zasypiac saturacja caly czas byla na poziomie 92-91 co znaczy ze non stop wlaczal sie alarm i bylo pip, pip, pip...mama szybko naciskala guzik aby usciszyc ta maszyne, zeby ona mnie nie obudzila. Kiedy przyszla pielegniarka to miala nie za ciekawa mine, porozmawiala z lekarzem i dali nam 15 minut, a jak sie nie polepszy to znowu podlacza tlen...mama sie modlila do maszyny i caly czas niestety musiala naciskac guzik aby wylaczyc alarm. Dali nam jeszcze raz ostatnie 15 minut bo podobno w fazie zasypiania jest zawsze nizszy tlen niz w fazie glebokiego snu. Az tu nagle...saturacja zaczela wzrastac...93, 94, 95...w nocy mama sie kilka razy budzila aby tylko spojrzec na monitor, ktory miala centralnie przed swoim nosem i naswet czasem bylo 97%!!! O 2 w nocy przyszla pielegniarka zobaczyc jak mi idzie i bylo bardzo mile zaskoczona ze tak dobrze mi idzie. Ale jak wyszla z mojego pokoju tak trzasla drzwiami ze sie obudzilam! Potem 3 godzinki nie spalam, mama mnie nosila, tulila ale nie moglam zasnac. W koncu o 5 rano zasnelam gdzie znowu monitor zaczal pipac...i znowy ta sama historia, chcieli mi podlaczac tlen ale jakos dawali szanse bo przeciez tak dobrze mi szlo. Jak juz zasnelam snem niedzwiedzia saturacja bylo znowu bardzo dobra...HURRAAA!!!
Rano w srode przszedl lekarz i poiwiedzial ze jestem nominowana do pojscia do domu dzisiaj. Powiedzieli tez ze mysla ze ja jestem osobka ktora jednak lepiej poczuje sie w domu i moze szybciej wyzdrowieje. Chociaz oni bardzo watpili ze uda mi sie bez tlenu, ja im pokazalam ze potrafie sama. Mama i tata sa ze mnie bardzo dumni.
W domu jeszcze przez kilka dni musza mi zakrapiac nosek i musze duzo wypoczywac. Jestem bardzo szczesliwa ze jestem w domu i caly czas chodze do mamy, taty i dziadka i sie do nich tule bo jeszcze nie umiem powiedziec jak sie ciesze ze juz nie mam tych kabelkow i moge spac w swoim lozeczku. Dora oczywiscie tez poszla z nami do domku.
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz